Znowu posklejalem kartki w paszporcie i znowu przeszedlem spotkania z
dwoma kolejnymi mundurowymi na granicy bez straty czystej kartki w
paszporcie, i w tej kwestii mam juz glowe spokojna.
Do Wietnamu splynalem Mekongiem, zgodnie z planem z reszta i
poczatkowo roznicy miedzy starym, a nowym widac nie bylo - linia
brzegowa po obu stronach zagospodarowana jest tak samo, dominuje
zabudowa wiejska. Wystarczylo tylko wyjsc na brzeg w Chau Doc, zeby
zobaczyc, ze Wietnam od Laosu czy Kambodzy bardzo sie rozni, bo jest
bardziej zurbanizowany, zurbanizowany na modle socrealistyczna, ktorej
slady i w Polsce jeszcze mozna znalezc. Wietnam przechodzi w tym momencie chyba jedna
wielka modernizacje, wszedzie trwa budowa - drog, mostow, wiezowcow, przy malej dbalosci o estetyke
calosci. Czyli beton, jak Marcin zauwazyl, cala masa betonu.
W delcie Mekongu spedzilem 2 dni, odwiedzilem jeden rynek plywajacy i
takie tam. Potem szybko przeskoczylem do Ho Chi Minh City albo
Sajgonu, jak kto woli. Miasto jak miasto, dobrze przygotowane na
przyjecie mas turystow, ale nie tak meczace jak inne miasta
wietnamskie, w ktorych znalazlem sie potem, takie troche jak Bangkok,
przynajmniej takim ja je poznalem.
Z Sajgonu pojechalem do Dalat, polozonego w Gorach Annamskich, gdzie
znowu troche na piechote, troche na rowerze, podziwialem piekno
okolicy, ale tylko przez jeden dzien.
Nastepnie spedzilem pol dnia w Nha Trang, gdzie troche polazilem po
pagodach i plazy, a nastepnie caly dzien w Hoi An. Rozne rzeczy pisza
o Hoi An, z jednymi sie zgodze, z drugimi nie, ale na pewno nie
nazwalbym tego miasta "czarujacym", moze ze wzgledu na rozkopane
ulice, koparki, walce zaparkowane dookola. No i jak miasto ma byc
"czarujace" skoro wszedzie, doslownie wszedzie trzeba pilnowac sie
bardzo, zeby czlowieka motor nie rozjechal?
Potem trafilem na pol dnia do Hue, kolejnej starozytnej stolicy na
moim szlaku, ktora byla najciekawszym miastem wietnamskim, jakie
widzialem, choc mocno zaczynalo byc tam juz czuc powiew polnocy, No i ten beton.
W betonowym Hanoi spedzilem caly dzien, lapiac wieczorem pociag do Lao Cai,
brame do gorskiej Sapy, czyli takiego naszego Zakopanego. Jak na
kurort przystalo masa tam turystow, ale przewazaja lokalsi, ktorych
"biznesmeni" traktuja podobnie jak bialych, co bylo sporym pocieszeniem.
Trekingow w Sapie nie polecam, bo drogo, a samemu mozna sobie
zorganizowac fajne dzienne spacerki albo przejazdzki na rowerze, choc
wynajecie tych ostatnich, tutaj bylo drozsze niz motocykla, co jest
dosc paradoksalne biorac pod uwage niski popyt (jest dosc pagorkowato)
i mniejsze koszty eksploatacji. A kulturowo potencjalne wizyty we
wsiach nie sa w stanie przebic Laosu, wiec sobie dalem spokoj.
Na sam koniec byla juz tylko kolejna pulapka turystyczna, Zatoka Halong, w ktorej nie byloby nic specjalnego, gdyby nie te 3000 wapiennych wysp wyrastajacych z jej wod, co robi wrazenie niesamowite. Jako baze wybralem wyspe Cat Ba, gdzie wykupilem calodzienna wycieczka po zatoce, co bylo wystarczajaco dlugim czasem, zeby oczy nacieszyc, ale nie za dlugim, zeby sie zanudzic i... nie nabawic betonowstretu. Halong Bay to miejsce w ktorym dosc dobrze mozna przekonac sie, ze reputacja stozkoglowych nie wziela sie znikad.
Bo Wietnamczycy reputacji wsrod podrozujacych, ktorych spotkalem po
drodze, nie maja za dobrej. Poznalem w sumie 6, slownie "szesc" osob,
ktore dobrze o Wietnamczykach sie wypowiadaly, w tym 2 osoby jeszcze w
Polsce, a wiec nie za wiele. Reszta tweirdzila, ze stozkoglowi sa niemili, nieuprzejmi, agresywni, ze klamia, oszukuja, kradna. O ile na poczatku wydawalo mi sie, ze sa
znosni i do zakceptowania, nie widzialem zadnych nieprzyjemnych
zachowan, tak potem zaczalem widziec o co chodzi, i musze powiedziec, ze duzo jest w tym prawdy. Sa malo atrakcyjni, zamknieci w sobie, niekomunikatywni, troche moze jak Kmerowie, tylko bardziej
wyrachowani, bardziej chytrzy, cwani. Cwaniactwo i wyrachowanie, z chamstwem w zespole na polnoc od Hue bylo
juz wlasciwie standardem i to czesto u ludzi, ktorzy na codzien z
turystyki nie zyja, ale akurat zwietrzyli szanse zeby cos tam sobie
chapnac, albo po prostu w konia bialego zrobic.
Ze wzgledu na taka reputacje na Wietnam nie zostawilem sobie za duzo czasu,
raptem 2 tygodnie, stad tempo calej wycieczki blyskawiczne - pol dnia
tu, dzien tam, pol dnia jeszcze gdzie indziej, transport w miare
mozliwosci noca. O ile 2 tygodnie wystarczaly mi na poprzednie kraje
Azji Pld. Wsch. to na Wietnam jest to zdecydowanie za malo, troche ze
wzgledu na odleglosci i na organizacje transportu. W rezultacie
wpadalem raz za razem w te glowne pulapki turystyczne, w ktore wpadaja wszyscy, nie majac za
bardzo czasu na eksperymenty, Napieralem po najmniejszej linii oporu,
wiec moze dlatego troche nie do konca jestem w stanie powiedziec, jaki
na prawde ten Wietnam jest, mimo ze mnie wydal sie malo ciekawy i ostatecznie chyba znika z mojej mapy swiata. Nie widze powodu, zeby tu wracac.
Copyright © 2014 by gorskieblogi