Hindusow do Birmanczykow, a nawet Tajow, porownywac nie mozna - to zupelnie ine
swiaty, inne mentalnosci, i dlatego po przez ostatnie trzy tygodnie udalo mi sie psychicznie po Indiach wydobrzec prawie calkiem (calkiem dobrze nie bedzie juz nigdy, ale chyba tez nigdy nie bylo ;) ) Zanim jednak czlowiek bedzie mogl zasmakowac
birmanskiej goscinnosci i przyjaznosci, przyjdzie mu zetknac sie z
hotelarzami, restauratorami, taksowkarzami i temu podobnymi, ktorzy
nigdy nie sa reprezentatywnymi przedstwiecielami swoich krajow, bo
zyja z turystow. Tutaj Birmanczycy innym nacjom nie ustepuja, sa
kapitalistami pelna geba... choc czasem jednak nie do konca.
Ceny hoteli w Birmie sa wyzsze niz gdzie indziej w okolicy, wyzsze
niz w Nepalu, w Indiach. Podobnie transport. Woda i napoje sa dla
turystow drozsze niz w Polsce. Wszyscy majacy do czynienia z turystami
ceny winduja do poziomow czasami abstrakcyjnych i z ogromnym
zdziwieniem patrza, jezeli ktos nie chce zaplacic tyle, ile zadaja. A
zapytani, czy podana cena jest cena dla turystow, ze smiertelna powaga
odpowiadaja, ze tak, bo jak mi powiedzial wlasciciel jednego hotelu w
Kalaw, "turysci nie licza sie pieniedzmi i i tak zaplaca".
Rozmawiajac czasami z ludzmi podrozujacymi po biednych krajach Azji, w
tym tez po Birmie, odnosze wrazenie, ze trakuje sie je bezkrytycznie i
zbyt poblazliwie - bo bieda, bo junta, bo kleski zywiolowe. Czasami
bez wiekszych oporow, bez prob targowania sie, placa kazda zaspiewana
cene. A tymczasem wydane pieniadze nigdy nie trafiaja do tych najbardziej
potrzebujacych i najbiedniejszych, ale tych najbardziej obrotnych,
ktorzy pomocy wcale nie potrzebuja, a staja sie jeszcze
bardziej bezczelni i pazerni.
Za kilka lat w Birmie bedzie tak samo jak w innych mocno turystycznych
krajach w regionie, albo jeszcze gorzej, wiec trzeba sie spieszyc z jej odwiedzeniem, bo kraj i jego mieszkancy sa sa na prawde tego warci - ale spieszyc z glowa, bo na nastepna wizyte nie bedzie nas juz stac.