..
bez nazwy

67 | 60138
 
 
2009-04-09
Odsłon: 771
 

Kambodza

Poczatek byl mokry i ani troche tak emocjunujacy jak poczatek Laosu.
Po zaplaceniu w sumie dwoch dolarow nieoficjalnej obowiazkowej oplaty
manipulacyjnej wjechalem do kolejnego kraju bez utraty kolejnych stron
w paszporcie.

Potem bylo duzo czekania na transport, az udalo mi sie dotrzec do
Ratanakiri, powoli zyskujacej slawe jako stolica outdooru
kambodzanskiego, i jej czerwony pyl wdzierajacy sie w kazdy zakamarek
ubrania, plecaka, do oczu, do nosa, do... cholera wie jeszcze gdzie.

Zwiedzanko rozpoczalem na calkiem dobrym rowerze gorskim, coby
rozejrzec sie po okolicy, ogladnac wodospady i jezioro wulkaniczne w
okolicach Ban Lung, i coby przekonac sie, w jak  zalosnej jestem
formie. Dalej wybralem sie na kolejny juz trek. Towarzystwo OK,
szczegolowy program uzgodniony przed wyjazdem i koszmarna awantura
przed agencja po tym jak program nie zostal zrealizowany, ktora jednak
dzieki determinacji zespolu i wspolnym zdolnosciom
negocjacyjno-perswazyjnym zakonczyla sie sukcesem i zwrotem kasy.

Nastepnie padlo na kolejna "dzika" prowincje, Mondulkiri. Dzika to ona
moze kiedys byla, bo ciezko bylo sie tam dostac, ale teraz juz bez
wiekszych problemow, choc budowana od lat droga ciagle nie jest
gotowa. Nie zrazony niedawnymi doswiadczeniami wybralem sie na kolejny
trek, tym razem w towarzystie slowianskim, z Austriakiem na dokladke,
wybralismy sie na 2 dni do "dzungli". I kolejne rozczarowanie, tym
razem prowadzace do konkluzji, ze Kambodza nie ma dla turystow duzo do
zaoferowania, jezeli chodzi o outdoor w porownaniu z takim Laosem na
przyklad. Gorskie plemiona mocno juz dotkniete sa reka cywilizacji,
przyroda mocno przetrzebiona, a do miejsc poza udeptanymi szlakami sie
nie chodzi, bo zaminowane.

A sam trek byl mocno niefortunny. Najpierw problemy zoladkowe
wylaczyly z akcji Czecha Irka, potem zaniemogl nasz przewodnik, na
cos, co ja zdiagnozowalem jako zatrucie alkoholowe i kac, a po
powrocie okazalo sie malaria. Na koniec, podczas powrotu przez las
zaliczylem z Peterem wywrotke na skuterze. Niby powoli jechalismy,
niby upadek kontrolowany, ale i tak wystarczylo, zeby sie potluc,
naciagnac miesnie karku i sciegna kolana i mozgownice obic. W sumie
nic specjalnego, nie raz juz po lbie dostalem, a kiedy to nawet
sitkiem, ale nigdy nie bylem jeszcze tak "wstrzasniety".

Po tak intensywnym pierwszm tygodniu bylem gotowy na swiatynie, na
duzo swiatyn, a jak tak, to w Kambodzy tylko duma Khmerow - Angkor,
usytuowany wokol Siem Reap. Cale miejsce jest spore, wykupilem wiec
karnet trzydniowy i ostro zabralem sie za zwiedzanie i uwiecznianie
wszystkiego na kartach pamieci, ale cierpliwosci i samozaparcia
starczylo tylko na dwa dni, bo ile, do licha, mozna po swiatyniach
lazic? A swiatynie, jak wiele rzeczy w Azji Pld.-Wsch. sa "same same
but different", czyli takie same, tyle, ze inne.  A zdrowie nie
dopisywalo, bo dosc dotkliwie zaczely dawac znac o sobie dolegliwosci
powypadkowe, do ktorych doszla bolesna infekcja oka, wiec ostatecznie
trzeci dzien spedzilem w pozycji horyzontalnej. Suma sumarum,
najlepszym rozwiazaniem byloby istnienie w Angkor karnetu dwudniowego,
a moim skromnym zdaniem birmanski Bagan i tak jest fajniejszy.

Potem pojechalem do stolicy, Phnom Penh. Jeszcze tego samego dnia
udalo mi sie zaaplikowac o wize wietnamska i przy okazji natchnalem
sie na pare sympatycznych Krakusow, Kasie i Marcina. Wiza byla do
odbioru nastepnego dnia, wiec teoretycznie moglem napierac od razu
dalej, ale w praktyce wyszloi inaczej.

Od poczatku pobytu w Kambodzy ostro walczylem z ciagnacym sie dalej
"kryzysem laotanskim", w sumie nawet z dobrymi wynikami. Zwiekszylem
sobie budzet, a to zawsze pomaga, do tego zabralem sie do dokladnego
planowania czasu, zeby nie pozwolic sobie na nude ani przez chwile. Do
lask wrocil wiec nawet kalendarz, prawie jak w pracy. Dopiero jednak w
Phnom Penh odzylem ostatecznie. Bo oprocz zabytkow - palacow, muzeow,
pomnikow, miejsc kazni, jest w tym miescie masa energii, dla mnie
megapozytywnej, ktorej od dawna nie poczulem, bo nie bylo jej ani na
poludniu Laosu, ani tez nigdzie w sennej Kambodzy.

Ostatecznie odpuscilem sobie wybrzez i plazowanie, i jutro splywam
Mekongiem do Wietnamu. Troche wczesniej niz zamierzalem i nie wiem,
czy to dobra decyzja biorac pod uwage to, czego sie o Wietnamczykach
nasluchalem, ale cos mi sie wydaje, ze to oni powinni sie martwic, nie
ja, bo z jednej strony moc czuje, a z drugiej z glowa nie do konca
jeszcze w porzadku, wiec moze byc jazda ;)
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd